Amsterdam

•Styczeń 23, 2011 • Dodaj komentarz

Amsterdam – miasto MMVRVVVDV, ojczyzna Gliwicekiej szkoły architektury i ojciec wielu naszych prowadzacyc. To tutaj w architektonicznym eldoradodokonać spotkać mamy olśnienie, które zmieni resztę naszego życia :P

Planujemy spędzić tu dwa dni. Niestety, po zimnej nocy w Rotterdamie, i kolejnych kilometrach odczuwamy zmęczenie i brak koncentracji. Na szczęście dobre pomysły zawsze przychodzą nam z pomocą. Po odstawieniu samochodu poza miasto postanawiamy przesiąść się na rowery.

Nic piękniejszego nie mogło nas spotkać. Po miesiącu jeżdżenia samochodem, pilnowania portfeli w metrze, i dziesiątkach kilometrów schodzonych pieszo, mamy możliwość postrzegania miasta w nowy dynamiczny sposób. Stolica Holandii nadaje się do tego idealnie, tu rowerzysta ma pierwszeństwo na każdym kroku, a ilość dwukołowych pojazdów jest największym komunikacyjnym problemem.

Przed dojechaniem do Amsterdamu mieliśmy okazje zobaczyć dwa budynki MVRDV: Celosia i El Mirador de Sanchinarro. Tu dołączyć do nich miały: domem starców WOZOCO, Mieszkaniówka z orientalnym detalem Parkrand,  wyglądajacy na poukładane kontenery  Silodam, oraz dwa budynki z zabudowy borneo. Monumentalne budowle urzekają soją formą. Doklejone mieszkania zawieszone w powietrzu, ogromne wycięcia pozwalające na nowe rozwiazania mieszkań. Cieszy oko minimalistyczne wykonany, niczym od niechcenia detal balkonów, zabawne przeskalowane donice i żyrandole. Tego typu efekty specjalne pokazują ze architekturą można sie bawić. Jest to twórczość rozbudająca wyobrażnie. Prużno szukać tu jednak  ducha i ciepła z budynków Zumthora, czy niezwykłej dbałości typowej dla Herzog de Meuron.

Amsterdam to niezwykłe miasto które swą wyjątkowość zawdzięcza topografii, kanałom wodnym, skalą zabudowy, proporcja ulicy i komunikacji rowerowej.  Jest też ostatnim miastem które zwiedzamy. Do domu jeszcze kilka budynków ale na zwiedzanie miast nie ma już czasu. Wyjeżdżam stąd zadowolony. choć mam wrażenie ze Rotterdam miał na mnie większy wpływ i to do niego, częściej powrócę przy swoich projektach.

Post Konrada

•Styczeń 14, 2011 • Dodaj komentarz

Mówią ze czasu nie da się złapać. Obawiam się jednak ze ja w ogóle nad nim nie panuje. Po blisko 3 miesiącach postanowiłem dokończyć naszego bloga. Wiele już zapomniałem, jednak tego co najważniejsze chyba się nie zapomina.  

Od wyjazdu minęło 20 dni.  Do Brukseli przyjechaliśmy o 21.00 z prawie godzinnym opóźnieniem. Tym razem miało to znaczenie, kolacja stygła. Do zwiedzenia mieliśmy cała noc i tylko jedno miejsce. W ukrytej między budynkami kamienicy czekała na nas druga na tej wyprawie bliska nam osoba. Już po chwili byliśmy pod drzwiami. Budynek miał około 4,5 metra szerokości i tyle samo głębokości. Na parterze znajdował się sklep muzyczny, wąski korytarz i przechodząca przez wszystkie kondygnacje klatka schodowa w postaci krętych schodów o promieniu 70cm. Każda powtarzalna kondygnacja wyglądała podobnie. Na miejscu korytarza pojawiała się łazienka i znajdujące się nad nią łyżko, a zamiast sklepu pokój z aneksem kuchennym. Po chwile trwających czułościach z dziewczynami zabraliśmy się do jedzenia. Noc w łóżku, kolacja, wino, śmiech, tysiące wspomnień i opowiadań. Perspektywa napawała optymizmem. Do tego wizyta w barze, piwo (stolica europy nie jest miastem dla niezdecydowanych piwoszy, kilkaset gatunków piwa doprowadza do obłędu) krótki spacer po mieście i powrót, na długo wyczekiwany sen. Poranek był cudowny, światło, wpadające przez okno miękko rozświetlało białe ściany. Nie pamiętam dokładnie która była godzina, zrobiliśmy jeszcze krótkie zakupy, Gosia już była spóźniona do pracy, a my musieliśmy jechać dalej.

Paryż

•Październik 30, 2010 • 2 komentarzy

Dobrze zatem, napiszę jeszcze raz o Paryżu. Ale najpierw wspominam o Chartres. Klasycznogotycka  katedra góruje nad tym miastem dwoma niesymetrycznymi wieżami. W czasie 750 lat kamień na sklepieniach, filarach i ścianach uległ przeobrażeniu; przebrzmiał muzyką organ, śpiewem chórów, pokrył go dym kadzidła i świec. Między głównym wejściem a linią ławek w posadzce ułożono labirynt. Ludzie trzymając w dłoniach świece przemieszczają się z zamkniętymi oczami, stopami wyszukując ścieżki, która prowadzi do centrum labiryntu. Tam można znaleźć spokój, ale jedynie wtedy, gdy ma się go w sobie. Tak przynamniej zostało napisane na tablicy obok.

Poissy. Ty razem Villa Savoy była pełna ludzi. Dziś nie czuje się już domowej atmosfery we wnętrzu. Siedzenia zużyte przez tłumy ludzi za grubych i za chudych stoją rozrzucone w salonie. Bo przecież lekka osoba nie usiądzie wygodnie na fotelu gdzie przesiaduje gruba. Mogę sobie więc tylko wyobrazić jak to czuła się Pani Savoy w swoim domu. Kiedy leżała sobie spokojnie na tarasie. Nawet widok z solarium na tarasie nie jest już taki jak w latach 30-tych, bo spokój mąci ruch grających na boisku uczniów. Ale własnie! Dobrze jednak ża ja piszę o Paryżu. Bo ja byłem tam rok temu, prawie sam. Nic mnie nie rozpraszało, nawet boisko spokojnie stało nieużywane. I mogę bez żadnych wątpliwości Wam napisać – wypoczęlibyście tam prawie tak jak Pani Savoy.

Paryż niesłychanie zatłoczony, metro na stojąco, godzinne korki, na Sacre – Coeur tłumy ludzi upijających się młodym winem podziwiają piękny widok na miasto. Gra muzyka słychać odgłosy radości, zakochani śmielej szepczą sobie czułe słowa, mocz ścieka po schodach. Następnego dnia znów tłumy. Prawie wszystkie leżaki w Ogrodach Tuileriers zajęte przez ludzi łapiących ostatnie promienie słońca. Na wieżę Eiffla nie da się wjechać.

Żeby złapać oddech wybraliśmy się z Konradem na północne obrzeża miasta, do Saint Denis. Ale nie było łatwo tam dotrzeć. Najpierw przez największą stację metra Les Halles. Jak krety, przez pół godziny, ani razu nie myląc drogi w tłumie ludzi szukaliśmy tej nitki metra. W wagonie potworny ścisk. Do celu dotarliśmy po 40 minutach jazdy. Niestety kiedy wyszliśmy spod ziemi ściemniało się i katedra była zamknięta. Mało tego, okazało się ze to nieduże miasto to jedna wielka siedziba arabów, na ulicach trudno wypatrzyć Europejczyka z krwi i kości. Skończyło się na piwie w jednej arabskiej knajpie.

Pozwolę sobie ten wpis zakończyć właśnie tak – nie wspominając o żadnym Paryskim budynku, są tylko zdjęcia.

Na koniec wniosek. Wszystko inaczej za każdym razem. Paryż zaskakuje, nie jest nigdy taki sam, może dlatego chciałoby się tam pojechać jeszcze raz….

Bordeaux

•Październik 16, 2010 • 1 komentarz

Dzisiejszy dzień wyprawy zaczął się trochę później niż zwykle. Po prawie całonocnej jeździe znaleźliśmy ustronny parking przy stacji benzynowej, na którym rozłożyliśmy namiot. Było tam na tyle przytulnie i ustronnie, że otworzyliśmy oczy dopiero przed 12. Mamy dwa dni zapasu, także nie musimy się nigdzie spieszyć. Jest piękna słoneczna pogoda, można spokojnie wziąć prysznic na stacji benzynowej, zrobić pranie, ugotować obiad na naszej przenośnej kuchence, umyć samochód, porąbać drewno.. a na koniec zapalić sobie papieroska przy kawie… Lenistwo w słońcu – tego nam było trzeba po wielu dniach w podróży, tułaniu się od miasta do miasta, od obiektu do obiektu. Powoli odczuwamy zmęczenie. Nie tylko to fizyczne, ale i intelektualne. Nadmiar informacji nieułożonych w głowie zaczyna doskwierać. Już mylimy co gdzie było po kolei, co widzieliśmy a czego nie, gdzie byliśmy a gdzie jeszcze pojedziemy… Może francuskie wino pozwoli pozbierać te wszystkie myśli do kupy.

Jeżeli chodzi o samo Bordeaux, do którego trafiliśmy późnym popołudniem to jest tu pięknie. W ogóle miasta południowej Francji mają wyjątkowy klimat. Myślę, że tworzy go ciepłe słonce, które spływa po budynkach, penetruje wąskie uliczki i rozświetla wnętrza. Takie właśnie niesamowite światło widzieliśmy w Katedrze. Średniowieczne mury zapowiadały, że wnętrze przywita nas chłodną ascetyczną atmosferą modlitwy i skupienia. A jednak, nie. W środku przestronnie, jasno i monumentalnie, jak z pocztówki.

Jedynym obiektem jaki dzisiaj widzieliśmy jest Pałac Sprawiedliwości pracowni Rogers Stirk Harbour. Obiekt zaprojektowany jest z dużym poczuciem humoru. Trzeba mieć jaja, żeby budynek użyteczności publicznej o takiej randze jak sąd upodobnić do browaru. W środku dominuje estetyka industrialna a uwagę przykuwają drewniane kokony (z daleka przypominające kadzie), w których zorganizowane są sale sądowe. Biura i sale połączone są żółtymi mostkami i schodami po których przechadzają się ludzie ubrani w czarne togi. Budynek bardzo nam się podobał, ale szczerze mówiąc z powagą, jaka zwykle towarzyszy takim obiektom, to ma mało wspólnego.

Wracając do samego miasta to na ulicach duży ruch, wszyscy się gdzieś spieszą, a znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem. Swoją drogą trzeba przyznać, że Francuzi NAPRAWDĘ potrafią parkować. Samochody są tak ciasno poupychane, że wydaje się, że zostały na miejsce wstawione bokiem. Oglądając niektóre wgniecione karoserie można wywnioskować, że takie umiejętności można nabyć tylko metodą „prób i błędów”. Teraz to tylko rozgrzewka, zobaczymy jak polscy niedzielni kierowcy poradzą sobie w Paryżu…

backstage hiszpania

•Październik 16, 2010 • Dodaj komentarz

Bilbao

•Październik 16, 2010 • Dodaj komentarz

To była zimna noc. Kto by się spodziewał, w końcu dalej siedzimy w Hiszpanii. Choć Bilbao zatopione jest w górzystych Pirenejach, obawiamy się, że dalej będzie już tylko chłodniej.

Bilbao to najbardziej amerykańskie miasto w europie jakie widziałem. Myślę że zawarte jest to w proporcjach ulicy, wysokości kamienic i ich architektonicznemu detalowi. Budynki stoją tu jeden przy drugim i nawet na osiedlach poza centrum miasta, na górzystym terenie nie ma tu otwartych zielonych przestrzeni. Całość daje efekt dużego porządku i spokoju. My przyjechaliśmy jednak pooglądać tych niepokornych. Krótko mówiąc w Bilbao rządzi Ghery. Wijące się stalowe wstęgi barwią niebo na własne ciepłe kolory. Jedynym zgrzytem są ogromne przeskalowane konstrukcje okiennych ścian i ordynarna kamienna kolumna podtrzymująca stalowy nawis sugerująca wnętrze. Wnętrza muzeum są ogromne i różnorodne, a umieszczone w nich wystawy wyglądają niczym stała ekspozycja. Poza Gherym lekcję gięcia płaszczyzn daje swoją wystawą Richard Serra, przyjemną kawę serwują dziewczyny Moneo, a przez rzekę przejść można dzięki standardowej zagrywce Calatravy. Na koniec wyhaczamy nowo wybudowany kompleks “ALHÓNDIGA Bilbao” kina biblioteki i basenu, którego 3 ceglane sześciany lewitują w starych murach.

Bilbao mamy już za nami. Nikt nie płakał, dziś w nocy skaczemy w oświetlone światłem Kursaalu, fale zimnego oceanu.

 

Madryt

•Październik 16, 2010 • Dodaj komentarz

Życie jak w Madrycie, czyli pierwszy wjazd do strefy absurdalnie drogiego parkowania, po nocy na pobliskich odludziach i wylegitymowaniu w trosce o nasze dobro. Śniadanie wśród kolorowych i eksperymentalnych miszkaniówek pod “drzewem” Ecosistemo urbano. Nawet ptaki się na to nabierają, jest ich tam mnóstwo i sobie śpiewają, czyli dosyć przyjemnie. Tylko, że zieleń w doniczkach jak nie chciała tak nie rośnie dalej.
Wjechaliśmy do miasta się przez zrewitalizowany przez Moneo dworzec Atocha, gdzie tym razem popisał się wnętrzem pozostawiając halę nietknięta i robiąc w środku tropikalną dżunglę. Zabieg zupełnie trafiony, polecam naśladować. Niestety monument ofiar zamachów, choć tworzy ciekawą studzienną przestrzeń, nosi rozczarowujące znamiona hiszpańskiej prowizorki. Dalej już jest tylko lepiej Caixa Forum duetu H&deM, (powinni pokazać co niektórym jak sięrobi zieleń w pionie!) jest po prostu świetna w prawie każdym calu, więc nie bedę o tym pisał. Potem rozbudowa Museo del Prado i leżakowanie na trawce koło budynku-czapki z pracowniami konserwatorów.U Nouvela w museum narodowym Reina Sofia udaje nam się zajrzeć jedynie do drewnianej mrocznej świątyni czytania rodem z “Imienia Róży”, bo museum dla odmiany jest nieczynne we wtorki.
Jeszcze tylko przejazd główną arterią przez mini dzielnicę wieżowców i atakujemy “studenckie” mieszakniówki MVRDV. Co na zewnątrz wydaje się czystą zabawą, w wewnątrz tworzy naprawdę przyjemną przestrzeń do mieszkania, a przynajmniej w Celosii bo taras Miradora pozostał dla nas niedostępny. Hiszpanie wydają się mieć swoisty dar do niewykorzystywania projektu architekta, bawią się bezustannie w ogradzanie swoich bloków siatkami i barierkami zabijając możliwość funkcjonowania usług we wnętrzu i swobodnego przepływu ludzi.. czy i nas to czeka?

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.